RSS
 

Normalność w cenie, czyli Psy w Poznaniu

08 maj

do głosze

Panorama kościelna w Poznaniu jest zarówno podobna do tej, jaką zaobserwujesz w każdym dużym mieście w Polsce, jak i zupełnie inna. Podobna, bo tworzą ją osiedlowe parafie, zazwyczaj obsadzone przez kler diecezjalny. Jedne lepsze, inne gorsze, mające niewielkie grupy działaczy, radnych i sympatyków; oraz większość osób, które chodzą tam w niedziele i święta bo… jest blisko. Tak. Nie ma w tym żadnej ujmy. Kościół parafialny niczym pobliski market, apteka i fryzjer jest naturalnie „pierwszym wyborem” katolika, który zastanawia się nad zaplanowaniem niedzieli w sposób praktyczny i wygodny zarazem. A że czasem ucho zaboli, albo w trakcie kazania albo w konfesjonale. Albo ciśnienie skoczy… No cóż.
Są jednak ludzie, których serca (ciśnienie) wrażliwe i ucho jakoby słuchem nie-muzycznym, a może… kościelnym obdarzone? A może po prostu myślą sobie: godzina zmarnowana, gdyż kazanie na potęgę słabe, śpiew mizerny, a w konfesjonale zamiast miłosierdzia i dobrej rady: niedelikatność, oschłość, manipulacja.

Oprócz parafii w tym typie prosperujących, są też inne, aczkolwiek to rzadki przykład, bardziej wyjątek niż reguła. I są wyspy: parafie i kościoły zakonne, gdzie Ci wyżej wspomniani „niezadowoleni” szukają … no właśnie, czego?
Normalności. Nie nadzwyczajności, fajerwerków i cudów. Bo czyż to nie jest normalne, że idąc do konfesjonału mogę, z bardzo dużym prawdopodobieństwem zakładać, że będzie to spotkanie komfortowe i owocne? Że jest to, nade wszystko, miejsce dla mnie i mojej intymności, bezpieczne? Czy to nie jest norma, że gdy zwlekę się w końcu z łóżka w niedzielę i dotrę do kościoła, to usłyszę tam coś mądrego i jakościowo dla mnie nowego (kazanie) oraz pięknego (śpiew)?

Nie, nie jest to norma. Ale zgodzicie się chyba, że tak wygląda normalność. Dlatego znajdują się osoby, które co niedziele jadą spod Poznania kilkanaście kilometrów, by przeżyć Eucharystię…normalnie. W Poznaniu kościoły znajdujące się w centrum (także zakonne) świecą pustkami. U dominikanów – nie ma gdzie szpilki wcisnąć. I to nie jest fenomen poznański, tylko uniwersalny (przynajmniej na terenie Polski). Rzeszów, Lublin, Warszawa, Szczecin, Katowice etc.
Pisałem, że krajobraz jest podobny i zarazem inny. Inny, bo róża jest kultura, historia, różne zakony działają w obrębie miasta. To, co u dominikanów fascynujące, to właśnie wspomniana kilka zdań wcześniej uniwersalność – będąc na wakacjach w Gdańsku też będę szukał dominikanów, bo poziom będzie podobny do tego w Pyrze. I pieśni będę znał, i estetyka mnie poruszy. Tak, bo Bóg zbawia zarówno dobrem, jak i pięknem, co przeczuwał już Platon 400 lat przed Chrystusem. Nie jest to jednak makdonaldyzacja, którą zarzucałem Neokatechumenatowi, a która zakłada kultywowanie „kopiuj-wklej”. Tu mamy zbliżone formy, ale inne treści, różnorodność, która pozostaje jednak w bliskim sąsiedztwie.
Jeśli ktoś mi jest w stanie wyjaśnić, skąd TO się wzięło i dzięki czemu trwa i rozwija się od kilkudziesięciu bodaj lat – będę tej osobie bardzo wdzięczny. Przewidziane nagrody 

p.s. szczególne pozdrowienia dla Szymona Burka, który swoją dominikańskością mógłby zawstydzić niejednego „habitowego”…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czytając „Chatę”…

26 lut

Czytając „Chatę”…

chata-b-iext3814897

Fabuła Chaty w dużym skrócie: główny bohater, mężczyzna w średnim wieku, o ułożonym życiu, dobry mąż i ojciec. Niedzielny chrześcijanin. W trakcie biwaku zostaje uprowadzona Jego ukochana córka. Okazuję się, że sprawcą jest seryjny morderca- zwyrodnialec. Policja w opuszczonej chacie znajduje zakrwawioną sukienkę dziecka….ciało nie zostaje odnalezione, sprawca unika kary. Nad głównym bohaterem i jego rodziną pojawia się Wielki Smutek. Pewnego dnia bohater znajduje w skrzynce liścik z zaproszeniem do tejże strasznej chaty. Nadawcą jest „Tata”. Mimo lęku i niepewności – jedzie. Spotyka tam św. Trójcę – Bóg Ojciec jest wysoką, jowialną murzynką. Jezus jest roześmianym Żydem o krzywym nosie i niezbyt pociągającej facjacie. Duch święty to tajemnicza i wiotka Azjatka o imieniu Sarayu. Trójca pokazuje mu, kim jest, jakie panują wewnątrz niej relacje. A jawi się jako idealna rodzina, pełna wzajemnej życzliwości i troski. Bohater jest prowadzony przez Boga niczym Dante przez Wergiliusza – ku gnozie, ku poznaniu. Trafia na chwilę do nieba, gdzie spotyka swojego ojca, który wcześniej, nie bez powodów, jawił mu się jako potwór i zło wcielone. Dochodzi do pojednania. Niczym Jonaszowi Bóg pokazuje mu, że kocha wszystkich ludzi, wszyscy są jego dziećmi, także zwyrodnialec, który zabił jego dziecko. Jego też chce zbawić. Pojawia się problem teodycei, obecności zła w świecie i obrony Boga, który na to zło paradoksalnie zezwala, choć jest czystą dobrocią. Bóg nie wyjaśnia, czy i dlaczego córeczka musiała zginąć. Opowiada, że z jednej strony jako wszechmocny (-a), mógłby zainterweniować i nie dopuścić do tragedii. Z drugiej strony, z jakiś powodów, których wyjawić nie może, nie zrobił (-a) tego. Być może ważnym jest tu pragnienie, by nie ingerować w ludzką wolność. Ale jest w tym też inna tajemnica, która pozostanie tajemnicą.
Nie w teologii i filozofii trzeba jednak szukać lekarstwa na ból, jaki odczuwa główny bohater. Odpowiedź jest w Bożej trosce, w Bożej czułości. W tym, że Bóg „szczególnie lubi” człowieka. Krzywdzone dziecko nie było w tytułowej chacie samo, towarzyszył mu Bóg, który zaraz po śmierci zabrał je do nieba. Podobnie teraz Bóg nie zostawi Mackenziego (bo tak nazywa się opisywany bohater), ale chcę przynieść mu ukojenie i zrozumienie.
Książka pełna jest dialogów Mackenziego z poszczególnymi osobami Trójcy. Bóg przedstawia się w nich jako ktoś, kogo nie można zawieść, bo i tak z racji swej wszechwiedzy, zna nasze przyszłe czyny. Zło i zwyrodnienie zawsze są efektem cierpienia, dlatego zbawienia dostąpią wszyscy, także ojciec Mackenziego, maltretujący go w dzieciństwie, jak i zwyrodnialec, który zabił jego córkę. Dla nich również przeznaczona jest dobra nowina.

Ksiązka z jednej strony może zachwycać. Bóg przedstawiony w niej jawi się jako bardzo bliski, ludzki, osobiście zainteresowany losem zwykłego, szarego człowieka. Bóg, który towarzyszy w każdym cierpieniu, który czuje. Bóg, który wszystkie wie, wszystko przewidział, nad wszystkim panuje, także nie ma co się przejmować. Trzeba robić swoje, normalnie żyć. I ufać. Podobać się może to, że wielkie problemy teologiczne (wolna wola, Boża wszechmoc, cierpienie) wplecione są w bardzo proste dialogi między Bogiem a Mackenziem i z kościelnych ambon przeniesione na płaszczyznę prawdziwego życia. Z książki bije niesamowity optymizm. Na tym świecie jest możliwe szczęście i pełen pokój, pomimo olbrzymich cierpień, jakie nas spotykają lub mogą spotkać. A to, co jest dalej, po śmierci, przewyższa nasze najśmielsze oczekiwania.
Jest też kilka rzeczy, które mogą razić i kłóć. Postać Jezusa, niczym ta z obrazka Jezusa Miłosiernego autorstwa Hyły, jest bardzo zinfantylizowana. Jezus jest po prostu bardzo delikatnym i wrażliwym „gapą”, która cały czas żartuje i się śmieje. Nie ma w nim krzty męskości, nie widać w nim nauczyciela z Nazaretu, który „przemawiał z mocą”.
Zło nie jawi się zasadniczo jak kwestia wyboru, jako ścieżka, którą można, acz nie trzeba pójść. Jest bardziej uwarunkowaniem, złym skutkiem złych przyczyn. Nie może więc też być mowy o potępieniu, piekle. Bóg jest tylko miłosierdziem, nie jest sprawiedliwością w takim sensie, jak przyjęło się powszechnie pojmować to słowo. Nie jest ten pogląd oczywiście niczym nowym w historii chrześcijaństwa, ma on przynajmniej 1700 lat. Niesie jednak ze sobą poważne konsekwencje, nad którymi proponuję się zastanowić w ramach eksperymentu myślowego. A także nad tym, czy da się go uzgodnić z Biblią i w szczególności – z tym, co mówi Jezus na kartach Ewangelii.
Dziwne i zbyt cukierkowe jest zakończenie – Mackenzie przeżywszy rekolekcje u samego Boga, przebaczywszy wszystkim, przebacza również mordercy własnej córki i decyduje się nawet na odwiedzenie go w więzieniu (!) w celach, jak sugeruje narracja, ewangelizacyjnych.
Niezależnie od lukrowanych dialogów i wizji niczym z okładek „Strażnicy”, jest to książka w mojej opinii wybitna i gdybym miał ustalać kanon lektur wtajemniczających w istotę chrześcijaństwa, pozycja ta znalazłaby się w ścisłej czołówce.
Jak zwykle, źródeł dzieła szukać należy w osobie twórcy. Poszperałem w Internecie i dowiedziałem się o panu Youngu takich rzeczy, od których włos jeży się na głowie. Jego życie to historia wielkiego cierpienia. I zarazem wielkiej miłości.

Zachęcam do przeczytania Chaty a tych, którzy mają już to za sobą, zapraszam do podzielenia się opinią.

Au revior!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Droga Neokatechumenalna

16 sty

Neokatechumenat

Mieszkając na zielonym Sławinku w trakcie lubelskich studiów, a rzecz działa się na drugim roku, zapragnąłem dołączyć do jakiejś wspólnoty (innej niż akademicka u Dominikanów, w której do tej pory się udzielałem). Nie miałem pomysłu na to, co, gdzie i jak. Pewnego dnia wracając z uczelni lub z kolejnej domówki (a kto mieszkał w Lu ten wie, że Lu domówkami stoi), przechodząc obok kościoła przy rondzie Krwiodawców, zwanego z racji fantastycznego wyglądu Batmanem lub lordem Vaderem, zobaczyłem olbrzymi plakat barwy żółtej, zachęcający do udziału w katechezach Drogi Neokatechumenalnej. Poszperałem w internecie i poszedłem „skosztować i zobaczyć”. Spotkanie odbywało się w salce szkolnej (pallotyni prowadzą przy parafii prywatną szkołę). Było sporo osób. Wysłuchaliśmy dwóch katechez, wygłoszonych przez katechistów (dowiedziałem się, że są to tacy „szefowie” wspólnot). Było o tym, że człowiek szuka sensu, nie wie skąd przychodzi i dokąd zmierza, i że sens ten odnajdzie w Chrystusie. Wspominano też o tym, że sami nie umiemy kochać (okazało się potem, że jest to stały przekaz Drogi), ale dzięki Chrystusowi możemy zmienić ten, bez wątpienia niezadowalający, stan rzeczy. Było też o tym, że część ludzi to tzw. „pokolenie Judasza” i oni zbawić się mogą tylko dzięki naszej śmierci… to było akurat mega dziwne i do dziś zastanawiam się, czy jest to jakiejś nauczanie założycieli ruchu, czy były to prywatne poglądy jednego z katechistów, które wyczytał w jakimś szemranym źródle pisanym.
Byłem na dwóch tego typu spotkaniach, po czym… odpuściłem. Po dłuższym czasie zdecydowałem się odwiedzić znowu wspomnianą salkę i okazało się, że trafiłem na ostatnie spotkanie, na którym musiałem zdecydować, czy chcę dołączyć do wspólnoty, tym samym jechać na „konwiwencję założeniową wspólnoty”, która miała mieć miejsce w pięknym hotelu w Nałęczowie. Pomyślałem sobie, „raz się żyje!”. Pojechałem.

Nałęczów

Pobyt w Nałęczowie bardzo mi się podobał i do dziś mile go wspominam. Elegancki hotel, dużo ludzi (były też grupy z Ryk i Dęblina), ciepła atmosfera. Odwiedził nas bp. Kiernikowski, który okazał się bardzo interesującym człowiekiem. Zaimponowały mi te jego odwiedziny, ponieważ już wtedy dość dobrze znałem „biskupie realia” i fakt, że ordynariusz przyjechał do obcej diecezji by wspólnie modlić się z 30 osobami, wzbudza mój podziw po dzień dzisiejszy. Na jednym spotkaniu po kolei pytano, czy dołączymy do „Drogi” (bo tak członkowie Neokatechumenatu mówią o sobie). Większość się zgodziła, w tym ja.
W trakcie jednego ze spotkań wywiązała się ciekawa dyskusja między mną a pewną starszą kandydatką (w wieku około 60 lat). W trakcie jednej z katechez, jeszcze w Lublinie, opiekujący się Droga pallotyn stwierdził, że Słowo Boże ma w liturgii priorytet nad aktem przeistoczenia i komunii. Starsza Pani poczuła się zagubiona, gdyż od dziecka uczono ją inaczej. Wyjaśniłem mojej nowej siostrze, że ksiądz się prawdopodobnie pomylił, chcąc przekazać pewną prawdę, przeakcentował znaczenie. Panią uspokoiłem, jednak nie był to koniec „pomyłek”, jakie przez następne lata dochodziły do mych uszu z neokatechumenalnej ambony. Po powrocie do Lublina, z racji małej ilości nowego narybku, zostaliśmy dołączeni do wspólnoty numer trzy, spotykającej się przy kościele pallotynów w Lublinie.

neo1

Wspólnota.

Głowę wspólnoty stanowią „odpowiedzialni”. W moim przypadku było to młode, urocze małżeństwo i kilkoro singli. Nad nimi są jeszcze wspomniani katechiści, jednak nie należą oni sensu stricte do wspólnoty, wizytują ją od czasu do czasu i dbają, by wszystko szło w dobrym kierunku.
Spotykaliśmy się w środy na liturgii słowa i w soboty na Eucharystii, oprócz tego były też spotkania w mieszkaniach poszczególnych członków, mające na celu przygotowanie spotkań liturgicznych. Nie byłem jakimś specjalnie aktywnym członkiem. Mile wspominam kilka spotkań domowych (szczególnie, kiedy gospodarzami było któreś ze wspólnotowych małżeństw). Mieliśmy również wspaniałego prezbitera (czytaj: księdza), który był z nami ZAWSZE. Potem okazało się, że wspólnoty w innych miastach w Polsce bardzo cierpią z powodu braku zaufanego kapłana, lub kapłana w ogóle. Trzecia wspólnota u pallotynów była niewątpliwie wspólnotą żywą. Była liczna, spotkania były przygotowywane, wszystko miało ręce i nogi. Był prezbiter, nawiązywały się prywatne, bliskie relacje między członkami.

Krasnobród

Punktem przełomowym był dla mnie wyjazd na konwiwencję przekazaniową, która miała miejsce w Krasnobrodzie. „Przekazaniową” dlatego, że główni odpowiedzialni naszej wspólnoty (a na tym stanowisku w międzyczasie zaszła zmiana) wraz z pomocnikami przekazują nam to, czego dowiedzieli się „wyżej”, od katechistów, a nasi katechiści wiedze swą czerpią z jeszcze wyżej usytuowanego źródła. Piramida sięga aż po same światowe władze Drogi, czyli Kiko, Carmen i ks. Mario.
Pierwszego wieczoru prezentowany był film ze ŚDM, zawierający przemówienia założycieli Drogi. Obejrzałem go w całości i wzbudził on we mnie poczucie silnego dyskomfortu. Zaważył o tym zarówno styl wypowiedzi (forma zamiast treści, jak to Cejrowski mówi „latynoskie kółka”, czyli kompletna anarchia i chaos) oraz samo przesłanie. Mało subtelne, mało inspirujące, dość obcesowe. Sformułowanie, że kobieta jest „fabryką życia” jakoś budzi do dziś mój wewnętrzny sprzeciw. Poszedłem spać zniesmaczony. Następnego dnia było jeszcze gorzej. Od rana gitarowe pieśni przeplatane z przydługimi wystąpieniami odpowiedzialnych, których treść można podsumować w kilku prostych sloganach: „my jesteśmy źli, Bóg dobry”, „my nie umiemy kochać, Bóg może nam to umożliwić”. Kondycja człowieka będącego „na Drodze” jawi się jako bardzo, ale to bardzo mizerna. Nie wspominając już o ludziach, którzy łaski bycia w Neokatechumenacie nie dostąpili.
Jak dla mnie było tego za dużo; zbyt wiele skompensowanej nieprawdy (bo oficjalna antropologia katolicka aż tak źle nie ocenia kondycji człowieka) i negatywizmu (bo zmartwychwstanie niesie radość). Zostawiłem więc pieniądze za pobyt i wyruszyłem w drogę powrotną. Poczułem olbrzymią, wszechogarniającą ulgę. Było to moje ostatnie spotkanie w lubelskiej wspólnocie. Po miesiącu zadzwoniła do mnie jedna z dobrych koleżanek ze wspólnoty i na koniec rozmowy zasugerowała, że być może jestem jeszcze zbyt niedojrzały do podjęcia Drogi. Potem była jeszcze kawa z jedną ze starszych koleżanek, która opowiedziała mi o wielkim wzburzeniu jakie wywołał mój spontaniczny wyjazd. Z jej zeznań wynikało, że oprócz niej tylko nasz ksiądz zwrócił uwagę na moje prawo do wolnego wyboru i stwierdził, że to moja INDYWIDUALNA, osobista sprawa. Miał powody, wyjechał. Koniec. Piszę o tym dlatego, bo indywidualizm nie wydaję się szczególnie szanowanym w opisywanej tutaj społeczności. Ale są też wyjątki, co obrazuje ta historia.

Poznań

Po tych przygodach dołączyłem do wspólnoty zupełnie z innej bajki, w której bardzo mi się spodobało. Po kilku latach przeniosłem się do Poznania i w związku z tym musiałem na nowo zacząć exodus, mający na celu znalezienie la petite communauté, mojej małej wspólnoty. Troszkę z braku innych opcji, a trochę z ciekawości, postanowiłem dać Neokatechumenatowi drugą szansę. Wybrałem się na katechezy w kościele jezuitów. Masakra, dramat, wielkie, żyzne pole smutku i negatywizmu. Katechiści wyglądali na ludzi przeczołganych przez życie i tak samo smutny był ich werbalny przekaz. Wyszedłem struty.
Nie poddając się, poszedłem na katechezy do parafii Jana Kantego. Tu już było lepiej, choć grupa słuchaczy ograniczona była zaledwie do kilku osób. No i zerowe zainteresowanie nowym przybyszem; choć to może nie kwestia wspólnoty, a poznańskich katolików w ogóle.
Kolejna próba to kościół Rocha. Tu spodobał mi się młody skład katechistów i ich entuzjazm w głoszeniu, zniechęciła mnie jednak obojętność, którą zastałem, przyjeżdżając na spotkania. Byłem zapraszany sms-owo i telefonicznie, jednak gdy już przychodziłem, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nikt nie podchodził po spotkaniu itp. Moje próby nawiązania kontaktu były ignorowane. Bardzo mało zachęcające.
Ostatnia próba – kościół Wojciecha, czyli poznańskie zagłębie Drogi. Nie chodziłem tu na katechezy, od razu poszedłem na spotkanie wspólnoty. Zostałem ciepło przyjęty przez grupę, natomiast to, co zaskoczyło mnie negatywnie, to po pierwsze: brak przygotowanego spotkania i przeważająca grupa młodzieży (co sprawia, że „echo słowa”, czyli świadectwa poszczególnych członków również są młodzieżowe, tzn. naznaczone tematyką i problemami charakterystycznymi dla wieku licealnego). Druga rzecz, to brak prezbitera. Ponoć od czasu do czasu jakiś się pojawia, ale od wielkiego dzwonu i z wielka łaską. Podobnej sytuacji doświadczyłem już kiedyś, będąc na Eucharystii w Bydgoszczy. Przyszedł ksiądz wyznaczony przez proboszcza, sfrustrowany tym, że musi być tam, a nie gdzie indziej.
Tak na marginesie, jest to strasznie smutne i pokazuje jedną z patologii polskiego Kościoła – patologię klerykalizmu. Kapłan, który ma SŁUŻYĆ wspólnocie, wchodzi w rolę jaśniepana, która nawet, jeśli przyjdzie odprawić nadprogramową Mszę (!), zrobi to w taki sposób, jakby nie była to godzinna celebracja Tajemnicy, jakby nie był to jego piękny obowiązek (przecież po to jest, za to go karmimy) ale przerzucenie łopatą kilku ton węgla w ramach jakiegoś wolontariatu, do którego go zmuszono. Tragedia. Do tematu klerykalizmu jeszcze wrócę w osobnym tekście.
Brak prezbitera oznacza brak wspólnotowej Eucharystii – czyli brak tego, co mnie w Drodze zawsze najbardziej pociągało – mała wspólnota, kameralność, bliskość. Tu tego nie odnalazłem, więc dałem sobie spokój.

neo2

Plusy dodatnie, plusy ujemne…

Tyle moich osobistych wrażeń i doświadczeń. W tym miejscu pokuszę się o zestawienie plusów i minusów, jakie wyklarowały się w mojej mózgownicy na bazie tychże:
Po loyola’ńsku, zacznę od pozytywów:

1. Idea zakładania małych wspólnot jest wspaniała. Wspólnota parafialna to oksymoron, chociażby z racji wielkości takowych w Polsce, oraz braku czynnika spajającego. Wszyscy znamy to z autopsji, więc nie będę siwieć nad tym problemem.
2. Założenie, że trzeba nam się całe życie formować i wtajemniczać w chrześcijaństwo, też jest pochwał i pokłonów godne.
3. Eucharystia na łonie małej wspólnoty, która całą liturgię przygotowuje (pieczenie chleba, kupienie odpowiedniego wina, kwiatów, przygotowanie muzyczne etc.) jest czymś dla mnie najcenniejszym w Drodze i – niestety – czymś prawie niespotykanym w innych grupach czy ruchach katolickich.
4. Cotygodniowa Liturgia słowa, zachęta to wspólnotowego i indywidualnego czytania Pisma, odkrywania znaczenia biblijnych symboli – świetne.
5. Komunia pod dwiema postaciami, na dodatek jest to realne spożywanie wina i jedzenia prawdziwego chleba, a nie spożywanie tworu chlebo-podobnego zanurzonego w winie….
6. Głoszenie kerygmatu, czyli podstawowych prawd wiary. Powrót do tego, co podstawowe w chrześcijaństwie, a o czym łatwo zapomnieć.
7. Promowanie zakładania rodzin oraz wielodzietności. Pomoc rodzinom wielodzietnym w obrębie wspólnoty
8. Pomaganie sobie nawzajem w obrębie małej wspólnoty, wspólnot z miasta, państwa a nawet na płaszczyźnie międzynarodowej. Super sprawa. Jako ciekawy przykład: w Lublinie byłem kiedyś w sklepie, w którym członkowie Drogi mieli z automatu 10% zniżki.
9. Przypominanie o wadze chrztu w życiu chrześcijanina. Cała neokatechumenalna Droga, jak zresztą z samej nazwy wynika, ma być przygotowaniem do przyjęcia daru chrztu (który, choć formalnie przyjęty za niemowlaka, ma się urzeczywistniać coraz mocniej w dorosłym życiu. Jest to dar, do którego trzeba dorosnąć, i tym dorastaniem ma być właśnie ścieżka (Droga) neokatechumenalna.

A teraz czas na negatywy:

1. Brak inkulturacji. Liturgia Drogi, śpiewy, zwyczaje, są przeniesiono bezpośrednio z bardzo odległej nam kultury iberyjskiej. Zawsze bawił mnie widok grupy osób tańczącej w kole i klaszczącej, mającej przy tym grobowe miny. A wynika to po prostu z tego, że osoby z naszego kręgu kulturowego inaczej przeżywają swoją wiarę; powściągliwość, prywatność, powaga – te cechy przeciwstawiłbym iberyjskiej ekspresji, prostemu entuzjazmowi, publicznemu patosowi. Gitara jest nam daleko bardziej obca niż organy czy chór.
2. Przegadanie. W czasie wspólnotowych liturgii, spotkań, wyjazdów, cały czas się słucha, słucha i słucha. Katechezy, kazania, „echa”, świadectwa. Jest tego mnóstwo i niekoniecznie jest to „mowa budująca”. Brak ciszy, a przecież to w ciszy przychodzi Pan
3. Płytkie wejście Słowo. Podczas gdy monastyczna lectio czy moja ulubiona metoda ignacjańska zachęcają do dłuższego pochylenia się nas słowem (np. 60 minutowego), Droga czas ten drastycznie skraca i uczy ludzi bardzie czytania Pisma niż medytacji nad Słowem. Podczas gdy ignacjańskie „echo” jest owocem godzinnego spotkania z Bogiem i poczynionej refleksji, gdzie ziarno dobrych owoców zostało oddzielone od plew rozproszeń i luźnych skojarzeń, „echo” na Drodze jest zazwyczaj spontaniczną i natychmiastową reakcją na usłyszany tekst. Nie twierdzę, że Duch św. nie może działać w taki sposób, bo na pewno może i na pewno działa, jednakże w porównaniu z w/w tradycjami jest to znaczący regres.
4. Elitaryzm. Droga to najlepsze miejsce dla katolika. „Gdyby nie Droga, nie odnalazłbym się w Kościele” – słyszałem to zdanie bardzo często. Tworzenie quasi-Kościoła, alternatywy dla głównego nurtu.
5. Makdonaldyzacja. Ma silny związek z brakiem inkulturacji i jest tego wynikiem. Te same chwyty gitarowe, te same zwyczaje niezależnie od miejsca na świecie, w którym trafi się na liturgię. Brak otwartości na nowe, na inne.
6. Sztuczne etapy. Droga słynie ze swoich stopni; dla mniej wtajemniczonych: formacja trwa kilkadziesiąt lat i w trakcie jej trwania przechodzi się „etapy”, czyli kolejne kroki, zmierzające ku dojrzałości chrześcijańskiej. Etapy nie są indywidualne, lecz wspólnotowe, co stanowi moim zdaniem pierwszy błąd, ponieważ rozwój jest czymś bardzo silnie związanym z jednostką i trudno poddaje się kryteriom oceny. Etapy wiążą się też czasem z zobowiązaniem do praktykowania jakiejś konkretnej formy modlitwy, np. po etapie „x” trzeba codziennie odmawiać jutrznie. Dla mnie jest to mega dziwne.
7. Osobiście bardzo nie podobała mi się forma spowiedzi, jaką widziałem na Drodze. Kapłan siada w centrum sali, otoczony członkami wspólnoty. Chętny grzesznik podchodzi, przyklęka przy nim i dokonuje konfesji, a cała wspólnota śpiewając, towarzyszy mu czułym swym spojrzeniem. Nie nie, jednak zacisze konfesjonału lub rozmównicy wygrywa ten wyścig, znacznie wyprzedzając peleton.

Kroczyć Drogą?

Czy Neokatechumenat rodzi dobre owoce? Niewątpliwie. Czy jest to wspólnota, która zbliża do Chrystusa? Na pewno. Choć nie jest dla każdego. Truizm, aczkolwiek wart przypominania. W moim przypadku raczej nie ma na to szans. Poznałem jednak osoby, na dodatek – wbrew stereotypom – wykształcone i znające bogactwo Kościoła, które wspaniale w opisywanym ruchy egzystują, aktywnie działając i owocując.
Przyjaciel, którego pytałem o ten fenomen; powiedział mi kiedyś: „są dziwne rzeczy i normalne, niektóre mi się podobają, inne skrajnie nie. Ludzie też są różni. No ale jest Chrystus”. Utkwiło mi to mocno w mózgoczaszce.

Komu bym polecił Drogę? Jeśli szukasz prostej wiary, prostych zasad, jest to miejsce dla Ciebie. Jeśli chcesz konkretu, jasności przekazu, jest to miejsce dla Ciebie. Jeśli lubisz dźwięk gitary, jest to miejsce jak najbardziej dla Ciebie.

Natomiast: jeśli interesuję Cię medytacja biblijna lub inna, jeśli chcesz szukać Boga w ciszy, jeśli od dźwięku gitar wolisz bizantyjskie chorały – szukaj innego miejsca. Jeśli cenisz w sobie odnajdywanie w życiu (i w ludziach!) barw szarości i światłocieni, poszukaj gdzie indziej.

p.s. dziś, gdy piszę ten tekst, świętujemy urodziny pana Charlesa Perrault, twórcy między innymi „Le Maître chat ou le Chat bott” oraz „La Belle au bois dormant”, czyli „Kota w butach” i „Śpiącej królewny”. Dzięki Dobremu za baśnie i baśniopisarzy… No i oczywiście merci pour la France, merci pour le francais.

Au revoir!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

u baptystów

20 gru

Gdy pierwszy raz czytałem o baptystach zaintrygował mnie fakt, iż nie chcą oni być identyfikowani jako kolejna „religia”, „wyznanie” czy „kościół”, rozumiany w takim znaczeniu, jak mówimy i myślimy o Kościele Katolickim. Spodobało mi się to jako człowiekowi, który ceni sobie prostotę, minimalizm i któremu miła jest filozofia Ockhama i jego słynna „brzytwa”, czyli upraszczając – rezygnowanie ze wszystkiego, co zbędne. Myślę, że każdy, kto czytał Ewangelię i kogo „jarały” Dzieje apostolskie i czasem w marzeniach stara się przenieść w tamte, odległe czasy, ma w sobie pragnienie bycia „wolnym chrześcijaninem”, identyfikowania się z Chrystusem i jego nauką, a nie z instytucją czy tradycją. Być naśladowca drogi, a nie członkiem kolejnej (często zwalczającej inne) grupy religijnej. I to mnie u babtystów urzekło. Z drugiej strony, jako religioznawca, odnotowałem fakt zapalenia się niewielkiej lampki w okolicach płata czołowego mojej czaszki. Lampka ta obudziła uśpione w czasach studenckich myśli: Po pierwsze, każda nowa grupa religijna uważa się za coś jakościowo nowego i nie przystającego do znanych już religii. Po drugie, uznanie się za nie-religię nie oznacza rzecz jasna, że się nią nie jest.
Sięgnąłem więc do klasycznych definicji religii i wszystkie utwierdziły mnie w przekonaniu, że choć dążenie baptystów jest piękne i dobre, jest niemniej skazane na niepowodzenie. Dajmy posłuch autorytetom:
Według staruszka Cycerona religia ma związek z łacińskim słowem relegare, czyli „czytać coś na nowo”, czyli religia jako taka jest tym, co wiąże się z powtarzanym rytuałem. Inny staruszek, Laktacjusz, słowo religia wywodzi od religare, czyli „spajać”. Tym samy, religia to wszystko to, co spaja człowieka z Bogiem. Ojciec Kościoła, Augustyn, ma jeszcze inna propozycję. Według niego słowem-kluczem jest tutaj reeligare, czyli „wybierać ponownie”. Znaczyłoby to, że interesujące nas słowo opisuje wszystkie czynności/myśli/wyrażenia mające na celu ponowny wybór duchowej drogi, celu, bóstwa.
To zacne głosy minionych epok. A co mówią specjaliści bliscy nam wiekowo?
Znany i lubiany (także w Mysłowicach) psycholog Erich Fromm twierdził, że religią jest każdy system myśli i działań, podzielany przez pewną grupę, który jednocześnie dostarcza jednostce układu odniesienia i przedmiotu czci. Religioznawca Rudolf Otto uważał zaś, że o religii możemy mówić wtedy, gdy uczestniczymy w czymś, co otwiera nas na wieczność; jest ona tym, co budzi w nas sferę odpowiedzialną za spotkanie z sacrum.
Moim zdaniem te i inne znane mi definicje sprowadzają ruch baptystyczny do miana religii. Dążącej do wolności, walczącej ze skostniałym instytucjonalizmem, ale jednak religii.
Tyle w temacie.
Kolejne rzeczy, które mnie zaintrygowały i wzbudziły uczucia sympatii to: kładzenie nacisku na indywidualną relację człowiek-Bóg (czyli podobnie jak u mojego Ignacego), Biblio-filia (czyli jak u Ignacego), no i, rzecz jasna: świadomy chrzest (inaczej niż u Ignacego, ale tak jak w Dziejach i Ewangelii). Dwie pierwsze cechy, podobnie jak wiara, iż zbawienie człowieka wynika z jego wiary i jest łaską, to wspólny fundament całego protestantyzmu i ruchów katolickich będących nań odpowiedzią, nie będę więc w tym miejscu zagłębiał się w analizę tychże twierdzeń.

Chrzest świadomy jest tym, co konstytuuje baptyzm. Twórcy ruchu baptystycznego, inspirując się opisami aktów chrztu, odnalezionymi bez trudu na łamach Biblii, uznali, że chrzest udzielny niemowlętom to kompletny absurd. Dlaczego? Ponieważ prawdziwy chrzest powinien być poprzedzony wiarą osoby chrzczonej i tejże wiary wyznaniem. Tylko tyle i aż tyle. Chrzest niemowląt, który przyjmowany jest niejako na fundamencie wiary rodziców (i rodziców chrzestnych) jest pozbawiony sensu, gdyż nie ma tu osobistego zaangażowania osoby chrzczonej (no i trudno, żeby ono zaistniało ) Pomimo tego, według zwolenników chrztu niemowląt, grzech pierworodny małej duszyczki idzie w niepamięć i staje się ona chrześcijaninem z krwi i kości, „dzieckiem Boga”, w którym ma on upodobanie i które On. zbawia.
Baptyści mają za sobą autorytet Biblii, zaś Kościoły uznające sens chrztu niemowląt – autorytet Tradycji. Pierwsza droga wydaję się bardziej jasna i zdroworozsądkowa – wierzę w Chrystusa, chcę podążać jego Drogą, więc świadomie przyjmuję chrzest. Druga droga zakłada, że chrzest jest darem wyprzedzającym, na który świadoma odpowiedź i decyzja wiary może przyjść później.
Tak naprawdę jest to kolejna odsłona pierwotnego sporu, stojącego u zarania protestantyzmu czyli „Tradycja kontra Biblia”. O tym w oddzielnym tekście.

Reasumując: to, co urzeka mnie w baptyzmie i co mogłoby stanowić inspirację dla polskiego katolika to, po pierwsze, dążenie do świadomego przeżywania faktu bycia ochrzczonym, który nie stanowić winien tylko elementu tradycji ale być powinien aktem wiary determinującym życie człowieka. Kolejna rzecz to biblijność, rozumiana jako czytanie i głoszenie tego, co się na bazie czytania zrozumiało. Trzecia rzecz, to wspomniane już upraszczanie, poprzestawanie na pewnym minimum formy, położenie na piedestale treści. I ostatni punkt, czyli brak klerykalizmu, miast tego nacisk na kapłaństwo wszystkich wiernych; pastor jest rozumiany bardziej w taki sposób jak prezbiter w kościele pierwotnym, czyli funkcyjnie, nie zaś kastowo; nie jako wyszczególniona grupa społeczna, zamknięta w sobie.

To, czego by mi brakowało jako katolikowi, który ramach eksperymentu myślowego dołączyłby do któregoś z obecnych w Poznaniu zborów baptystycznych, to na pewno sakrament spowiedzi, który w moim przekonaniu jest olbrzymim skarbem, danym nam przez Ducha. Brakowałoby mi tych form rytualnych, które cenię, tzn. kadzidła, śpiewów tradycyjnych (chorały i nie tylko), medytacji w oparciu o ikony tradycji wschodnich, ale również tego wszystkiego, co dała nam tradycja monastyczna oraz duchowości poszczególnych odnowicieli: Ignacego, Teresy, Dominika, a co jest przez kościoły protestanckie odrzucone i pomijane w imię powrotu do fundamentu. No ale o tym, jak już wspomniałem, w tekście poświęconym Tradycji w kontrze do Biblii.

Długo zastanawiałem się, czy przypadkiem postulaty babtystów dotyczące chrztu dorosłych nie są słuszne. Przekonała mnie nie wielka teologia czy mistyczna iluminacja, ale prosta logika. Jeśli za słuszny uznać by fakt, że prawdziwy chrzest to taki, który przyjmuje „z wiary” osoba dorosła, oznaczałoby to, że wszyscy wielcy (w sensie – znani i popularni) i mali (zwykli ludzie, święte szaraczki) święci, żyjący na naszej planecie przez kilkaset lat doświadczyli chrztu niepełnego i nieważnego, tym samym świętość ich jak i zbawienie stają pod znakiem zapytania. Po drugie oznaczałoby to, że niemowlaki ochrzczone wczoraj, dziś i jutro na łonie Kościoła Katolickiego, Kościoła Prawosławnego, Luterańskiego, Ormiańskiego, Koptyjskiego etc. etc. etc. doświadczyły quasi chrztu i według baptystycznych twierdzeń powinny ochrzcić się ponownie w wieku dorosłym… Jak dla mnie, jest to totalny absurd.
O wiele bliżej mi do tych grup baptystycznych, istniejących przede wszystkim we Włoszech, ale także w Niemczech, Szwecji i Irlandii, które zachowując swoje nauczanie dotyczące chrztu świadomego, akceptują również chrzty niemowląt i traktują je jako równoważne.

Na zakończenie rozważań ciekawostka: dwóch premierów Japonii (!), tzn. Ichiro Hayoyama i Yukio Hatoyama przynawało się do wiary chrześcijańskiej w nurcie baptystycznym. Dziadek tego drugiego Pana był założycielem firmy Bridgeston, która daje pracę wielu mieszkańcom Poznania i okolic. Mały jest ten świat.

Pewnej pogodnej środy wybrałem się na nabożeństwo do I Zboru Baptystów w Poznaniu. Wierni spotykają się małej ceglastej kapliczce przy ulicy Grunwaldzkiej, nieopodal ronda imienia naszej patriotycznej legendy, J.N. Jeziorańskiego. Notabene, miejsce to nazywam roboczo „zagłębiem protestanckim”, ponieważ naprzeciw wspomnianej kapliczki wnosi się bardzo estetyczny i nowoczesny, aczkolwiek zachowany w zdrowej konwencji sakralnej kościół luteran, a tuż obok baptystów spotykają się Zielonoświątkowcy. Nie jest to koniec wyliczanki, gdyż niedawno dowiedziałem się, że w nieznacznej odległości, na ulicy Przybyszewskiego, spotykają się chrześcijanie z młodego i prężnego kościoła „Arka”. Takie zagęszczenie jest bardzo ciekawym fenomenem, wydaję się też, że niezwykle rzadkim.
Wracając do meritum – wybrawszy się na środowe nabożeństwo spotkałem się z bardzo miłym i otwartym przyjęciem ze strony wiernych. Moją szczególną sympatię wzbudził pastor Ireneusz Roethel, z którym zarówno przed jak i po nabożeństwie miałem okazję porozmawiać o kwestiach teologicznych (i praktycznych), dotyczących baptyzmu. Człowiek pełen optymizmu, na dodatek mający niesamowity dar kaznodziejski i umiejętność głębokiego rozumienia Słowa. Wygłoszone przez niego kazanie było niewątpliwe najbardziej cennym i pozytywnym elementem, jakiego doświadczyłem podczas moich odwiedzin. Całe nabożeństwo, oprócz kazania, składało się jeszcze ze śpiewów (bardzo zbliżonych do znanych również w KK śpiewów uwielbieniowych, kojarzonych z Odnową w Duchu Świętym), oraz modlitw spontanicznych, wygłaszanych na forum przez poszczególnych wiernych (to również bardzo podobne do OwDŚ, tudzież Neokatechumenatu. To, co było dla mnie boźdzcem negatywnym i nieprzyjemnym, to skrytykowania mnie przez jednego z uczestników spotkania za …. noszenie różańca na palcu. Wiele razy słyszałem od znajomych, którzy odwiedzali nabożeństwa zielonoświątkowców, o bardzo dużej skali antymaryjnych (a więc i antyróżańcowych) wypowiedzi. Tu jednak – przyznam – zaskoczyło mnie to. Przede wszystkim chyba dlatego, że czytając wcześniej o ideach przewodnich baptyzmu napotykałem wszędzie na hasła promujące osobistą wolność, rozumianą także jako poszanowaniem (radykalne) wyborów innych ludzi. A tu zonk, zupełne zaprzeczenie. Na dodatek ton krytyki był bardzo nieprzyjemny, wręcz agresywny i sprawił, że poczułem się niekomfortowo. Oczywiście fakt ten nie dyskwalifikuje całego baptyzmu i jego idei założycielskich, które, mam nadzieję, żyją we wielu członkach Zborów i mają się całkiem nieźle (o czym będę miał sposobność przekonać się w czasie odwiedzin w kolejnych wspólnotach ). Zdarzenie to przypomina jednak o starej prawdzie: grupy mające na szyldach tolerancje często okazuję się najbardziej nietolerancyjne, a wspólnoty nazywające się wolnymi zrzeszają (i czasem promują) ludzi, których doktrynerstwo gorszym być może od tego, jakie obserwujemy na zlotach sympatyków partii politycznych. Niby nihil novi, a jednak ciągle mnie to zaskakuje.
Odwiedzając braci baptystów wysłuchałem naprawdę wspaniałego kazania, czego się nie spodziewałem i doświadczyłem ataku na moja swobodę wiary, czego tym bardziej się nie spodziewałem. Idee założycielskiej ruchu baptystycznego, jego misyjność i uniwersalność wydają mi się, mimo wszystko, na tyle interesujące, że mam zamiar nadal je zgłębiać i odwiedzić pozostałe zbory, spotykające się w laickim mieście Poznaiu.
Au revoir!

P.M.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Początek

13 lis

Po miesiącach przemyśleń, przeplatanych momentami motywacji i tejże braku, czas się najwidoczniej wypełnił i blog zaistniał. Któryś z mądrych panów z krainy filozofów twierdził, zdaję się słusznie, iż jednym z najmocniejszych dowodów na istnienie rzeczywistości jako takiej jest fakt, że stawia ona nam opór. Nie poddaje się dowolnej, plastycznej obróbce, naszemu chceniu lub nie-chceniu, wbrew opiniom popularnych kołczów czy wizjom z filmu Matrix. Rzeczywistość JEST, przypomina nam o tym na każdym kroku i niczym spersonifikowany twór rzuca nam rękawica czekając, aż podejmiemy wyzwanie. Wyzwanie, które z góry skazane jest na porażkę, tak jak praca Syzyfa. Porażki pomniejsze, te codzienne, ale przede wszystkim porażkę największą i według wielu ostateczną – śmierć.

W tym świecie codziennego zmagania się z oporami i porażkami w tajemniczy zgoła sposób zaistniało coś, co współcześnie nazywa się „duchowością”. Nie da się jej zdefiniować, gdyż nie da się definiować tajemnicy, nie popadając w taki czy inny redukcjonizm, gubiąc zarazem coś bardzo ważnego.

Niektórzy starożytni, greccy chrześcijanie na potrzeby własnych refleksji i dysput odnajdywali w człowieku trzy podstawowe przejawy, ciało (soma), duszę (psyche) i ducha (nous). Idąc wytyczoną przez nich ścieżką, przyjmując tej trójpodział, chcę na tej stronie zajmować się tym, co dotyczy tego ostatniego. Interesują mnie przejawy ludzkiego ducha, tych poszczególnych duchów. Pasjonuję mnie ta duchowa perspektywa życia.
Będzie tu więc o duchu w kontekście religii, psychologii, filozofii, kultury, socjologii – a w tle – miasto Poznań, moje miasto. Miasto ludzi zapracowanych i niesamowicie przejętych swoją rolą, miasto wielu poziomów materializmu, miasto robotników. Miasto paradoksów, gdzie obok wielkich biurowców i znanej na całą Polskę galerii handlowej stoją wyrażające pobożność ludową przydrożne kapliczki. Miasto „ważnych spraw i krótkich miłości”. W takim mieście tropienie ducha wydaję się o tyleż trudne co pasjonujące.
Blog będzie rozwijał się trzema torami. Po pierwsze, będą tu wpisy mające charakter moich osobistych refleksji, dotyczących tematyki opisanej wyżej. Po drugie, znajdą się tu wywiady z osobami, które również poszukują tego co duchowe i ukryte, np. z przedstawicielami obecnych w Poznaniu grup religijnych i wspólnot. Po trzecie, będzie można znaleźć tu mini reportaże z odwiedzanych przeze mnie miejsc i spotkań, a także podsumowania quasi-audytów i delikatnych prowokacji, które mam w planie, a których szczegółów na razie nie zdradzę.

Zapraszam do wspólnej podróży.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii